Otrzypałam z siebie kurz. Po kolejnych 10 minutach czekania, doczekałam się kuzyna. Connor zamknął swój pokój i popatrzył na mnie wyczekująco.
-To idziemy czy nie? - zapytał.
-Jasne że tak, palancie - odparłam czym samym zasłużyłam sobie na kuksańca ze strony czarnowłosego chłopaka.
Ruszyliśmy w stronę lasu. Wspólnie o tym zadecydowaliśmy, biorąc pod uwagę nasze rasy. Przemieniłam się. Ciekawe co tym razem pan McDouglas mi zafunduje. Właśnie to jest najgorsze w zmiennokształtnych. Nigdy nie wiesz czym się stanie. Jednak chłopak zamienił się w... kruka? Uniosłam brwi w geście pytającym.
-Zamierzasz dziś polec? - zaśmiałam się.
Connor pokręcił głową, także się śmiejąc.
-Bynajmniej, nie - uśmiechnął się tajemniczo.
Oślepiałam go właśnie blaskiem, kiedy nagle coś mnie popchnęło. Poleciałam do przodu i trafiłam na drzewo. Rozmasowałam obolałe plecy, by przekonać się że to Connor pod postacią bociana to zrobił.
-Nigdy więcej McDouglas. Nigdy - wydusiłam.
-Oczywiście Montgomery - posłał mi kpiący uśmieszek.
Nagle zobaczyłam tamtego chłopaka. Brooklyna. Szedł razem z jakimś innym chłopakiem. Tym który mnie wyminął.
-Znasz ich? - zapytałam kuzyna.
-Nie. Ale... zmieniają swój zapach - mruknął.
Feniksy. Zeskoczyła z drzewa, pod swoją normalną postacią. Razem z Connorem podeszłam do nich.
-Hej. Gdzie się wybieracie? - zagadał mój kuzyn.
Ja milczałam.
Brooklyn?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz