Poprzedniego wieczoru jak zwykle siedziałam do późna, najpierw nad słowami do piosenki, a potem nad książkami. Pisałam nową książkę, a kiedy nachodziła mnie wena, musiałam pisać. Niezależnie od pory dnia, czy nocy, proza i muzyka była dla mnie jedną z jeśli nie najważniejszą rzeczą prócz zajmowania się zwierzakami i rozmowa z moimi poddanymi. Proza i muzyka pozwalała wyrazić co się czuje, przekazać to światu we własny sposób. W pisaniu i śpiewaniu jest bezkresna. Ograniczyć cię może tylko wyobraźnia i niechęć wyrażania uczuć. Lub zamknięcie przed nimi swojego serca. Ale, być może jest pewien paradoks - najczęściej właśnie do serc takich ludzi najłatwiej można dotrzeć pięknymi dźwiękami i słowami płynącymi z głębi nas. I właśnie za to, tak bardzo ją kocham. Niestety, na moje nieszczęście pisarska jak i muzyczna wena nachodzi mnie niemal zawsze późną porą. A kiedy przyjdzie, chcę ją jak najlepiej wykorzystać. Co wiąże się bezpośrednio ze spędzeniem wielu godzin nad papierem i zatraceniem poczucia czasu. Co z kolei skutkowało niedoborem snu... który jest chyba moim najgorszym wrogiem. Następnego poranka budzik z telefonu jak zwykle zakończył swój żywot na ziemi, a ja sama nie zdobyłam się na wydostanie spod ciepłej ostoi łóżka i zmierzenia się z całym światem. Po kolejnych mijających minutach, z wymiaru marzeń sennych, w niezwykle brutalny i niegodziwy sposób wyrwał mnie mój przyjaciel... Posejdon domagał się swojego porannego spaceru ze mną, szturchał mnie swoim nosem. Jest to mój pierwszy kot, który umie chodzić na smyczy.
- No, już, już... - mruknęłam, kiedy w końcu udało mi się pozbyć napastnika, który teraz z miną triumfatora siedział na ziemi i wpatrywał się we mnie w niecierpliwością.
Mój wzrok zaś padł na, leżący nadal na ziemi, telefon. W pierwszej chwili niespecjalnie mnie to przejęło... w następnej jednak wstałam gwałtownie z łóżka i pobiegłam do łazienki, po drodze dwukrotnie potykając się o Posejdona. Niczym błyskawica ubrałam się i doprowadziłam swoje niesforne włosy do jako takiego stanu... Nie mając czasu na śniadanie, zaczęłam ogarniać pokój, po czym przypięłam poszłam na spacer z Posejdonem. W tempie co najmniej ekspresowym ubrałam mu szelki i zapięłam na smycz i ruszyliśmy na spacer, by wrócić do pokoju, zostawiłam jego szelki i smycz w kącie,a przyjaciela w pokoju. Natomiast ja pobiegłam do akademii, gdzie miałam akurat moją pierwszą lekcją w pierwszy dzień w akademmi jest matematyka. Jeśli będę mieć szczęście może zdążę na czas... Czemu ja zawsze muszę zaspać? Czego bym nie zrobiła, jak bardzo bym nie chciała się pozbyć tego przeklętego wręcz nawyku... nic to nie daje. Pogrążona w zamyśleniu, biegnąc przed siebie, nie zauważyłam stojącej tam postaci. Oczywiście w związku z powyższym, doszło do dość dynamicznego spotkania... z impetem wpadłem na ową osobę, odbijając się od niej, niczym piłka. Myślałam, że wyląduję na ziemi, i mentalnie przygotowałam się na ból tego miejsca, gdzie nasze plecy tracą swą szlachetną nazwę. Nic takiego jednak się nie stało. Zamiast tego poczułam jak ktoś zdecydowanie, aczkolwiek delikatne łapie mnie za ramiona i pomaga zachować równowagę.
- Najmocniej przepraszam... nie zauważyłam... - zaczęłam się szybko tłumaczyć, unosząc równocześnie głowę i patrząc na tego kogo wpadłem.
Był to chłopak... a właściwie chyba mężczyzna, bo musiał być ode mnie nieco starszy lub w moim wieku... miał jasną cerę i czarne włosy, niemal jak noc, ale to chyba przez cień jaki na niego padał. Patrzył na mnie... o dziwo nie ze złością, czy frustracją, a po prostu zaskoczeniem. Po chwili puścił moje ramiona i wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, jednak ja, jak zwykle potrafiąca "doskonale" reagować w takich sytuacjach, pochyliłam głowę i powiedziałam.
- Nie zauważyłam cię. Bardzo, bardzo mi przykro i najmocniej przepraszam. - powtórzyłam, następnie wyminęłam go, nie mogąc pozwolić sobie na luksus rozmowy z nieznajomym.
Czekała mnie bowiem konfrontacja z moją nauczycielką od matematyki, gdzie jednak wyglądało na to, że się nie spoźniłam, co przyjęłam z ulgą.
***
Kiedy wybrzmiał ostatni tego dnia dźwięk koszmarnego pobytu na lekach, który wypełniony pytańskiem nauczycieli detchnęłam z ulgą. Spakowałam swoje rzeczy i wyszłam z Akademii jako jeden z ostatnich. Przechodziłam korytarzem kiedy w oddali ujrzałam sylwetkę mężczyzny tego, na którego wpadłam rano. Najwyraźniej prawdą jest, że ludzie instynktownie wyczuwają na sobie czyjś wzrok, ponieważ podniósł głowę i spojrzał prosto na mnie. W pierwszym odruchu chciałam odwrócić się i pobiec w przeciwnym kierunku. Byłoby to jednak bardzo niegrzeczne z mojej strony. Skinęłam głową i uśmiechnęłam się delikatnie. Chciałam podejść, jednakże w tym momencie do mężczyzny podeszła jakaś dziewczyna. Westchnęłam i ruszyłam do swojego pokoju, gdzie czekał na mnie Posejdon. Po drodze wpadłam na pewien pomysł - cały czas obawiałam się, że może mieć mi za złe poranny... wypadek. Powinnam jeszcze raz go przeprosić, ale tym razem zrobię to jak należy. Dam mu jakiś prezent... tylko co? Nie znam go, nie wiem co by sprawiło mu radość. Na takich rozmyślaniach minęła mi większa część popołudnia. W końcu znalazłam rozwiązanie. Uśmiechnęłam się do siebie. To powinno być w sam raz.
***
Późnym popołudniem, kiedy słońce powoli kierowało się w stronę horyzontu, barwiąc błękitne dotychczas niebo na odcienie pomarańczu, różu i fioletu. Szłam ścieżką, poprzez jedną z części parkowego ogrodu, rozglądając się uważnie, iż najwyższą ostrożnością niosąc w dłoniach małe pudełko. W środku znajdowały się upieczone przeze mnie ciasteczka. Liczyłam, że to odpowiedni sposób na przeprosiny, gdyż nie za bardzo wiedziałam jak to zrobić... O ile uda mi się je zrealizować, gdyż nigdzie nie widziałam białowłosego mężczyzny. Kiedy już zaczynałam tracić nadzieję na to, że uda mi się go znaleźć, zauważyłam go, stojącego pod jednym z drzew. Powoli, uważając na cenną paczuszkę, podeszłam do niego. Zauważył mnie, gdy znalazłam się kilka metrów od niego. Spojrzał na mnie i tym razem, nie wydawał się zaskoczony, wręcz wyglądał jakby mnie pamiętał... chociaż trudno było nie zapamiętać kogoś, kto wpadł na ciebie z wielkim hukiem, na środku pustego chodnika. Uśmiechnęłam się delikatnie i stanęłam przed nim. Ja... Ja chciałam jeszcze raz cię przeprosić. Bardzo się spieszyłam i rano nie zrobiłam tego jak należy... I to wszystko było też moją winą, zamyśliłam się i nie patrzyłam dokąd biegnę... tak więc chciałabym żebyś przyjął moje najszczersze przeprosiny... i ten drobny prezent. - powiedziałam, unikając jego uważnego, acz spokojnego spojrzenia. Schyliłam się i wyciągnąłem dłonie, w których trzymałam przewiązane wstążką pudełko. Chłopak był onieśmielony ( tak ja sądzę, a może źle zinterpretowałam jego minę), a co ja mam powiedzieć?! Jednak moja duma nakazywała mi go przeprosić, a nie wymyśliłam nic innego prócz tego sposobu. Ojciec tak zawsze robił, gdy chciał udobruchać prababcie... No przynajmniej tak mi mówił brat, a ile w tym prawdy było? Kto to wie .... Nie chciałam też urazić jego ani by pomyślał o mnie wariatka... Jest w sumie pierwszą osobą jaką ... no powiedzmy poznałam... Fajnie by było się zaprzyjaźnić.. No fajnie by było, ale większość osób jak mnie poznaje i to nie do końca to urywa kontakt nie znając mnie jeszcze dobrze.
<Alexy???>
poniedziałek, 17 kwietnia 2017
Od Thýella'i do Alexy'a
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz